wtorek, 4 września 2012

So cold.

Miotała się w łóżku, tocząc wojnę z myślami.
Spojrzała na zegarek, 3.27...

- To nie ma sensu, Holly.

Miała tendencję do rozmawiania sama ze sobą. Czuła, że znajdzie odpowiedź myśląc na głos.
Starała się wyrzucić z głowy wszystko co było jej niepotrzebne.
Z każdą sekundą, minutą, godziną zdawała sobie sprawę, że to co było niepotrzebne, jest teraz niezbędne.
Wstała z łóżka i ruszyła w stronę drzwi od sypialni. Uchyliła je niepewnie i maleńkimi krokami przeszła do kuchni. Odkręciła butelkę wody i piła zachłannie jakby chciała ugasić największe pragnienie.
Spojrzała za okno, na niebie kolejną noc był malowniczy obraz rozgwieżdżonego nieba.
Weszła do salonu i usiadła na brzegu kanapy.

- Nie potrafię, Elizabeth. Tak wiele chciałabym Ci powiedzieć, pokazać, ale jeszcze nie czas na to. Wszystko się ułoży i będzie tak jak miało być kiedyś. Żałuję, że wtedy nie dałam Ci dojść do głosu.

Odgarnęła włosy z twarzy kobiety i musnęła ustami jej policzek.

- Nie popełnię tym razem tego samego błędu. Będę walczyć o twoje szczęście, być może ja będę bogactwem, którego tak pragniesz.

Wstała i wróciła do sypialni. Jej życie nagle stało się krótkometrażowym filmem, po czym usnęła.

To nie był chciany odgłos budzika, 7.20 ...
Stanowczo zbyt mało czasu na sen, ot co, człowiek musi jeszcze potem funkcjonować według wymagań pracodawcy.
Wstała energicznie z łóżka, by dłużej nie użalać się nad swoim losem. Za bardzo nie miała nad czym płakać, dobrze płatna praca, kilku oddanych przyjaciół, pasja, którą pielęgnuje.
Z kuchni dobiegł ją smakowity zapach. Czyżby omlety z dżemem ?

- Dzień Dobry, Holly.

Elizabeth była dziś w stosunkowo dobrym humorze. Nuciła pod nosem i przekładała omlety z jednej strony na drugą.

- Wyskoczyłam po świeże owoce do sklepu, więc dzisiaj zjesz normalne śniadanie.
- Omlety z owocami ?
- Polane czekoladą.
- Możesz u mnie sypiać codziennie.
- Skoro mamy pracować razem, to musisz się najeść, bo ze mną dzień bywa męczący i mało, który fotograf ze mną wytrzymywał.
- Jesteś aż tak okropną zołzą ?
- Ej, jestem miła, ale muszę wszędzie zajrzeć. Kiedyś kolega powiedział mi, że wysysam  z ludzi energię.
- Mnie się tak szybko nie pozbędziesz.

Elizabeth przełożyła ostatniego omleta i ułożyła je na wielkim talerzu. Pokroiła truskawki, jabłka i położyła razem z borówkami na omletach, polewając je czekoladą.

- Dawno nie jadłam takiego śniadania.
- Rozumiem, że to znaczy : dziękuję ?
- Nie używam raczej takich słów, ale dziękuję.
- Dlaczego nie używasz ?
- Bo są oklepane.
- Ale świadczą o kulturze człowieka.
- Owszem, ale nadużywane tracą swoją moc. Jak na przykład słowo "kocham".
- To zupełnie co innego.
- Wydaje Ci się, Elizabeth.
- Podyskutujemy o tym później, smacznego.

Na niebie zaczęły gromadzić się chmury, dominując słońce, które przywitało Holly wkradając się przez otwarte okno w sypialni.

- Gdzieś na górze mam parasol.
- Myślisz, że będzie padać ?
- Mogę jedynie przypuszczać i się dobrze zabezpieczyć.
- Jeśli zaraz wyjdziemy to może zdążymy dojść do mojego auta.
- To też  jest całkiem możliwe.

Elizabeth przetarła usta serwetką i wstała od stołu. Holly zastanawiała się ile czasu zajęło jej wyszykowanie się i zrobienie śniadania. Uśmiechnęła się i dokończyła ostatniego omleta.

- Szybko się ubiorę, zażyje porannej toalety i pobiegnę na górę po aparat.
- Dobrze, poczekam w salonie.

Holly wbiegła do łazienki. Przemyła twarz i spojrzała w lustro. Kim była kiedyś, a jakim człowiekiem stała się teraz ? Co się zmieniło w jej życiu, a co stało się rutyną ?
Napełniła dłonie wodą i kolejny raz obmyła twarz. Wyjęła ubranie z małej szafeczki.
Trzymanie części ubrań w łazience świadczyło o tym jak bardzo lubi mieć wszystko pod ręką.
Zsunęła z siebie koszule nocną i zaczęła się w biegu ubierać. Zawsze była niezdarna, ale tym razem trafienie w rękaw koszulki sprawiło jej dużo większą trudność.
Złośliwość przedmiotów martwych. Umyła zęby energicznymi ruchami i wyszła z łazienki.
Stanęła przed Elizabeth i szczęśliwa z czasu w jakim udało jej się to wszystko zrobić, uśmiechnęła się.

- Widać, że robiłaś wszystko najszybciej jak potrafisz.

Elizabeth podeszła bliżej i powstrzymując śmiech, przetarła jej czoło.

- Jak Ty to robisz, że pastę masz na czole ?
- Naprawdę ?
- Czy wyglądam jakbym żartowała ?
- Nie zważając na to, że powstrzymujesz się od śmiechu ?
- Powiedzmy...
- Dlatego zawsze z rana ludzie się na mnie dziwnie patrzą.
- Czyli to już weszło Ci w nawyk.

Holly wysunęła lekko język, a na jej twarzy pojawił się złośliwy grymas.
Wbiegła po schodach na górę i już po chwili zbiegała z różową parasolką.

- Żartujesz sobie ?
- Nie, dlaczego ?
- Nie masz czarnej ?
- Za bardzo się przejmujesz opinią innych.
- Chodźmy już, Holly.

Elizabeth założyła buty i wsunęła sznurówki do środka.

- Nie możesz ich zawiązać ?
- Nie bardzo.
- Dlaczego ?
- Bo po pierwsze tak mi wygodniej, a po drugie tak ładniej wyglądają.

Holly pokręciła głową i wyszły. Przekręciła kluczyk w drzwiach i dostarczyła płucom świeżego powietrza.
Elizabeth spojrzała na niebo i poczuła jak krople deszczu spływają po jej twarzy.
Po chwili mimo, że kolor jej nie pasował, pokochała ten parasol.

- Marcus pewnie już wszystko przygotował, więc od razu pojedziemy do Margaret.

Kobieta radośnie spojrzała na Elizabeth i pewnym krokiem weszła na ulicę.

- Holly !

Poczuła uderzenie w plecy i upadła na beton. Otworzyła oczy i nie wiedziała co się dzieje. Podbiegła do niej kobieta, pytając czy wszystko w porządku.
Czuła rozdzierający ból na dłoniach i wszystko wokół wydawało się niewyraźne.
Podniosła się, a z jej rąk kapała krew.

- Elizabeth, gdzie jesteś ?

Zobaczyła zbiegowisko ludzi i podeszła, ledwo trzymając się na nogach.
Leżała tuż przed czerwonym samochodem. Jak do tego doszło, że go nie zauważyła ?
Dlaczego to zrobiła ? To właśnie Holly mogła tam leżeć, gdyby nie ona...
Znów podeszła do niej kobieta, ta sama co przed chwilą i oznajmiła, że karetka jest już w drodze. Nie docierało do niej co się stało. Miała przed sobą obraz Elizabeth leżącej tam, zakrwawionej.
Nagle ruszyła ku niej, jakby wlano w nią siłę, by wziąć ją stamtąd i biec jak najszybciej po ratunek. Czuła jak łzy spływały jej po policzkach.
Opadła na kolana i gładziła twarz Elizabeth prosząc, by na nią spojrzała, by coś powiedziała.
Czuła, że ta chwila trwa wiecznie, że właśnie traci to co było dla niej tak ważne, a właściwie kogoś tak dla niej ważnego od wielu lat, ale ukrytego w platonicznych, cichych uczuciach.
Wszystko znów zawirowało i ujrzała małą dziewczynkę, która chwyciła ją za rękę.
Straciła kontrolę nad swoim ciałem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz